Exodos

Posted: November 19, 2010 in Bez kategorii

 


 

I powiedziała Fraa: “Niech się stanie blog!” i widziała, że to było takie se. Następnie Fraa powiedziała: “Niech się stanie drugi blog!”. Przez chwilę popatrzyła na Drugiego Bloga, a widziała, że to było dobre.

 


Hevi właściwie nieświadomie prawie zgadła.

Kawiarka ZaFraapowana – reaktywacja.

Do widzenia na nowych śmieciach.
Pozdrowienia,
Fraa

 


 

Closed

Advertisements

Czas wrócić do Wielkiej Kolekcji Westernów, bo dawno nie było. A przecież czeka jeszcze masa tytułów, w tym kolejne spod znaku Sergio Leone.

Wielka Kolekcja Westernow

Za kilka dolarow wiecejCzwarta część kolekcji to właśnie jedno z dzieł tego mistrza spaghetti westernu: Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollare in piu). Jest to druga część “trylogii dolara”, o której Fraa już wspominała przy okazji tytułu Dobry, Zły i Brzydki. Widz po raz kolejny ma przyjemność śledzić losy Bezimiennego (Clint Eastwood) oraz… no tak, oraz kogoś odgrywanego przez Lee Van Cleefa – tym razem jest to pułkownik Mortimer, tak jak w Za garść dolarów.

Ale po kolei:
Rozdział pierwszy dołączonej książeczki zapoznaje czytelnika z historią powstania filmu. Tak więc jest na przykład krótka notka o tym, że zaproszeni przez Eastwooda przyjaciele obejrzeli po raz pierwszy Za garść dolarów po włosku i, choć ni w ząb nie rozumieli dialogów, to film tak im się spodobał, że Eastwood od razu zgodził się na udział w produkcji sequelu, czyli właśnie Za kilka dolarów więcej.
Podkreślono też różnicę między westernami Leone a tradycyjnymi, hollywoodzkimi filmami z tego gatunku, jak również podano parę ciekawostek dotyczących czy to postaci z “trylogii dolara”, czy to miasteczek, w których rozgrywa się akcja.
Ogółem rozdzialik ten jest naprawdę całkiem interesujący.
Dalej następuje część historyczna – tym razem czytelnik dostaje zarys dziejów telegrafu i telefonu. Co prawda to zagadnienie nie jest dla Za kilka dolarów więcej jakieś kluczowe, no ale gdyby chcieć opisywać pod kątem historycznym same najistotniejsze elementy filmu, mogłoby nie starczyć materiału na trzydzieści książeczek – ileż można pisać o koniach, coltach i kapeluszach?
Ostatni rozdział to standardowy zbiór wiadomości o ekipie: Clint Eastwood, Lee Van Cleef, Sergio Leone, Klaus Kinski, Ennio Morricone. Tu więc żadnych zaskoczeń.

Per qualche dollaro in piuNo a sam film?
Fraa myśli, że powściągliwe “Genialny! Fantastyczny! Yay!” będzie całkiem nieźle oddawało jej stosunek do produkcji Za kilka dolarów więcej.
Widz poznaje dwóch, wspomnianych już wcześniej, łowców nagród, pułkownika Mortimera i – a jakże! – Bezimiennego, jak również groźnego przestępcę, El Indio (Gian Maria Volonte). Pozornie fabuła jest prosta: pułkownik i Bezimienny ścigają tego samego człowieka, więc – co jest dość logiczne – łączą siły, bo przecież lepiej już współpracować, niż wchodzić sobie w paradę. Zaczyna się obława na El Indio, który ma swoją bandę i w żadnym razie nie przypomina zaszczutej zwierzyny.
Trudno tak naprawdę napisać o tym filmie coś, czego nie powiedziałoby się już przy okazji poprzedniego wpisu o spaghetti westernie z kolekcji. Jak to u Leone, widz dostaje solidną dawkę zbliżeń na oczy i dłonie, bohaterów o szemranej moralności i świat, w którym praktycznie nie ma kobiet. Jeśli są, to tylko po to, żeby krzyknąć i zginąć. Opcjonalnie mogą być przedtem zgwałcone.
Rzeczony widz dostaje też porywającą (długą, to prawda, ale to i tak jeszcze nie jest aż taki hardkor, do jakich zdolny był Sergio Leone) scenę pojedynku.
A więc cały ten wciągający, choć może z lekka pesymistyczny świat, jaki włoski reżyser wykreował w swoich westernach. Świat, w którym nawet dobrzy są dobrzy tylko dlatego, że tak akurat im się opłaca – w końcu tytuł mówi sam za siebie. Wszystko kręci się wokół pieniędzy: Bezimienny i pułkownik chcą nagrodę za głowę El Indio, a El Indio chce złoto z banku.
Jest to zresztą wizja ponadczasowa, bądź co bądź powiedzenie “Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” funkcjonuje i ma się nieźle.

Bohaterowie są znowu zapadający w pamięć, ze swoimi mrocznymi tajemnicami i śmiercionośnymi coltami w kaburach. Są bezwzględni i nieustępliwi, nie zawahają się zabijać i oszukiwać – nawet ci, którzy uchodzą za “tych dobrych” – żeby osiągnąć cel. Nie wspominając już o strzelaniu do siebie nawzajem w dobrych intencjach.
Takich mężczyzn niezmiennie pokazywał Leone w swoim Dzikim Zachodzie.

Kawiarkę ponadto zawsze bawi powtarzalność elementów w “trylogii dolara”. W Dobrym, Złym i Brzydkim Angel Eye pyta na początku o niejakiego Bakera. W Za kilka dolarów więcej z kolei staruszek zwany Wyrocznią opowiada o jakimś Bakerze, który sprzedał swoją ziemię kolejom. Są też oczywistości takie jak ponczo Bezimiennego, jak również spora część obsady – i nie chodzi tu tylko o głównych bohaterów. Na przykład Mario Brega, odtwarzający rolę Nino, jednego z bandy El Indio, rok później wcielił się w jankeskiego sierżanta na rozkazach Angel Eye (zresztą, rok wcześniej z kolei pojawił się w Za garść dolarów…). Luigi Pistilli, który zagrał Groce, najbardziej zaufanego człowieka El Indio, w Dobrym, Złym i Brzydkim jest bratem Tuco. I tak dalej, tego typu przykładów jest mnóstwo.

Oczywiście nie byłoby “trylogii dolara” bez muzyki Morricone.

Choć tym razem paradoksalnie to nie tak zwany “main theme” jest najbardziej wyeksponowany, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ale melodia z pewnej pozytywki. To ona kawiarce kojarzy się najmocniej z filmem, powtarza się od początku do końca jak refren i jest mocno powiązana ze stopniowym wyjawianiem historii bohaterów. Chociaż Fraa musi przyznać, że mimo wielokrotnego oglądania Za kilka dolarów więcej, do końca nigdy nie nadążyła za tą historią i zrozumiała całość dopiero wtedy, gdy przypadkiem zaczęła przeglądać filmografię losowo wybranych aktorów, którzy się pojawili w tej produkcji. Najpewniej wystarczyłoby oczywiście obejrzeć listę płac, gdzie wszystkie postacie byłyby wymienione nieco bardziej konkretnie, bo z samego filmu Fraa, niestety, nie odczytała poprawnie ich “statusu”.
Teraz jednak kawiarka już wszystko rozumie, a Za kilka dolarów więcej podskoczyło w prywatnym kawiarczym rankingu jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe.

Fraa nie poleca. Bo to nie jest film, który ogląda się na zasadzie “ktoś mi polecił, za bardzo nie wiem co to, ale pewnie będą strzelać” – to film, który zasługuje na to, żeby się nim delektować. A żeby się delektować, trzeba chyba jednak sięgnąć po niego z własnej woli, a nie wiedzionym cudzymi polecankami.

 

 

– I don’t know him!
– Come on, now, you know everybody.
– I don’t know anybody anymore! I’m dead! Understand? Well, there was a time when I knew everybody. That was a long time ago when all this was prairie. In these days everybody’s in a hurry. That’s right… with your damned good-for-nothing trains! Disgusting! One day, someone from the railroad comes here to see me. He says: “Prophet, the railway’s gonna go right past your house”. “Is that so?” I said. “Yep, that right”, he says. “All those trains gonna go right past here. The best thing for you, Prophet, is sell your land to the company… or else we’ll buy Baker’s. He lives next to your place, and I’ll put the tracks here… and that’ll make you go crazy. Will you sell out to our company, Prophet?” – “Oh, is that so?” Says I. He was very anxious for me to sell out. You know what I told him about the railroad?! You know what I told him he could do with his railroad?!

 

10/10

10 na 10

Organizacyjnie II

Posted: November 17, 2010 in Bez kategorii

Fraa miała dziś rano dodać normalny wpis, ten, który za chwilę doda u góry. Jednakże zanim miała go dodać, postanowiła trochę powalczyć z blogiem jako takim – właściwie planowała to zrobić już dawno, ale okazało się, że gdzieś jej wcięło wszystkie obrazki do stylu (w fazie: “każdy obiekt osobno”; bo zwykłe, płaskie jpg, to mogłaby sobie skopiować z samego bloga). A właściwie nie tyle wcięło, co kawiarka nie skopiowała ich ze starego komputera. I tutaj zwyciężało do tej pory lenistwo: Fraa myślała o tym, że trzeba będzie podpiąć komputer, monitor, klawiaturę, kopiować to wszystko… i momentalnie ochota na roboty blogowe jej przechodziła.
Dziś jednak miało być inaczej. Kawiarka podpięła co trzeba, skopiowała i… i wrzucając upgrejdowane wersje najwyraźniej coś gdzieś klipnęła w szale twórczym, bo nagle cały styl się zresetował. Żeby było śmieszniej, Fraa zauważyła, że w swoim niezmierzonym geniuszu – nie miała na dysku zapisanego kodu tegoż słitaśnego blogaska.
Niby nic złego, jak coś się zrobiło raz, to można przecież to powtórzyć, z tym że Fraa próbowała przywrócić wszystko do normy przez pół dnia i ciągle coś się rozjeżdżało. Ostatecznie jednak cała batalia zakończyła się wielkim zwycięstwem kawiarki, która przypomniała sobie, że dysponuje Tajną Bronią. Potem już poszło gładko, choć Fraa dalej nie ma za bardzo pojęcia, czemu się rozjeżdżało i – tym bardziej – czemu przestało.

Fraa tak naprawdę zaczyna dojrzewać do myśli o stronie. Normalnej stronie, która by miała od początku do końca normalny kod CSS, HTML, EPGP, PKP czy inne HWDP. To nie może być przecież aż tak trudne, a blox czasem dziwnie się zachowuje. Najprawdopodobniej zresztą dużo łatwiej by się pracowało nad czymś od początku stworzonym samodzielnie, niż na przeróbkach cudzych wytworów.

To jednakże melodia przyszłości.

Na razie sytuacja przedstawia się następująco:

 

  • poprawiona stopka (znaczy się to to na dole, Ulv);
  • tak naprawdę zmieniony też nagłówek, bo Fraa nad ranem bawiła się w fotografowanie kawy – no co, zawsze to większa frajda, jak się ma własną kawę na blogu, niż cudze niewiadomoco. Fraa tylko żałuje, że własnego colta nie ma… a właśnie, pikselowate brzegi coltów udało się nieco wygłaskać;
  • szpalt nie zmienia – częściowo kierując się słowami Ulva, częściowo przez własne lenistwo i nieporadność;
  • może tego nie widać, ale – wbrew pozorom! – Fraa rozjaśniła tło i zmniejszyła jego kontrast. Nie chciała przesadzić, żeby nie dawało po oczach w porównaniu z resztą elementów stylu, no a poza tym Ulv i Zięba nie narzekali, to kawiarka nie chciała, żeby dopiero teraz zaczęli.
  • powiększanie obrazków zostało zmodyfikowane – Fraa nauczyła się dorabiać do nich linki;
  • Fraa wszczęła poszukiwania sposobu na wyświetlanie się tekstu notki podczas komentowania – i, niestety, misja ta zakończyła się fiaskiem;
  • Tomtores będzie sad pandą, ale jego rady (poza wywaleniem w kosmos wyjustowania w bocznej szpalcie) Fraa musiała odłożyć na później – to już wyższa szkoła szydełkowania i kawiarka nie jest jeszcze do czegoś takiego przygotowana psychicznie;
  • od dziś został wprowadzony nowy system punktowania opisywanych produktów, utworów itp. (oczywiście dotyczy to tych notek, które będą coś opisywały – typu film, książkę czy grę).

 

To by było na tyle kwestii organizacyjnych.

Fraa ma nadzieję, że jakoś to będzie.

Dziś w dziale filmowym mała przerwa od Wielkiej Kolecji Westernów.

Dead Man - plakatFraa została ostatnio poczęstowana czymś, na co czaiła się już od kilku ładnych lat. Mowa tu o Truposzu (oryg. Dead Man) z roku 1995, w reżyserii Jima Jarmusha, z genialną muzyką Neila Younga. Toteż jak tylko kawiarka dostała się do komputera, bezzwłocznie obejrzała film. I teraz ma problem.
Bo Fraa nie zrozumiała.

Jedno co można powiedzieć o reżyserze i scenarzyście, to że jest dziwny. Staje się jasne, czemu mottem dla filmu jest “It is preferable not to travel with a dead man.”, słowa pochodzące z Nocy z Bułgarami, którą popełnił Henri Michaux – francuski poeta i malarz surrealistyczny.

Bo w istocie, taki właśnie jest cały film: oderwany od rzeczywistości, hipnotyzujący – chciałoby się powiedzieć: surrealistyczny. Trudno nazwać go westernem, chociaż w takiej właśnie estetyce jest utrzymany. Widz dostaje właściwie wszystkie potrzebne do westernu składniki: są zastępcy szeryfa, bogaty przedsiębiorca, śliczna i wrażliwa prostytutka, bezlitośni najemni rewolwerowcy, “miastowy” przyjezdny, strzelanie do bawołów i – oczywiście – Indianie.
Jednak – mimo tego zestawu – film jest bardzo specyficzny.

William Blake

Przede wszystkim: w czarno-białej wizji Jarmusha fabuła praktycznie nie ma znaczenia. I Fraa nie bez powodu używa tu słowa “wizja” – tak to właśnie wygląda: jak podróż gdzieś na granicy jawy i snu. Główny bohater, William Blake (Johnny Depp), zostaje wzięty przez samotnego Indianina za zmarłego angielskiego poetę – “zostaje wzięty”, czy też istotnie nim jest? Kawiarka cały czas się nad tym zastanawia. Martwy stróż prawa wygląda jak obrazek świętego. I znów – “wygląda”, czy też może jego aureola nie jest przypadkowa i to rzeczywiście był święty? Miasteczko Machine, do którego jedzie Bill, zostaje nazwane piekłem – czy to na pewno tylko żart? Tego typu pytania się mnożą. Nie poprawia sytuacji fakt, że dziewczyna, którą główny bohater spotka po rozmowie z przedsiębiorcą Dickinsonem, ma na imię Thel – co przywodzi na myśl Księgę Thel z 1798 roku, autorstwa tego Williama Blake’a.

DickinsonFilm koncentruje się na podróży, podczas której bohaterowie głównie rozmawiają, a widz może obserwować stopniową przemianę głównego bohatera. Całość nie jest jednak przegadana, a niemal każdy dialog wnosi coś nowego, szczególnie ciekawie pod tym względem prezentuje się Indianin Nikt (Gary Farmer) ze swoimi mądrościami. Swoją drogą, jest to postać, która cały czas nie daje kawiarce spokoju – “Nikt”. Był już jeden taki, co się przedstawiał w ten sposób. Walczył pod Troją, a potem dziesięć lat obijał się u czarodziejek udając, że wraca do domu. Z drugiej strony, może Fraa jest nieco przeczulona. Ale jednak słysząc dialog: Z kim podróżujesz? – Z Nikim. – nie może odpędzić od siebie rozmowy Polifema z Posejdonem, kiedy bóg pyta, kto skrzywdził cyklopa, a ten odpowiada właśnie: Nikt!

Bounty huntersInnym zagadnieniem jest próba odniesienia wspomnianego wcześniej motta do treści filmu. Jak Fraa pisała, najważniejsza w tym wszystkim jest podróż (momentami po terenach, przypominających nieco nasze rodzime Góry Izerskie). Pozostaje oczywiście kwestią otwartą, czy to istotnie podróż niedoszłego księgowego z Cleveland po Dzikim Zachodzie, czy może podróż do krainy snów, czy też jedna wielka alegoria ludzkiego życia, czy pewnie wszystko naraz. Dlaczego właściwie Truposz jest Truposzem, to dla kawiarki nie jest do końca jasne, choć Fraa ma pewne przypuszczenia, że to kwestia tego, iż na samym początku filmu Blake zostaje postrzelony w okolice serca i właściwie można powiedzieć, że został “zastrzelony”, bo kuli nie da się usunąć. Bohater jest więc od jednej z pierwszych scen skazany na niedaleką śmierć, można go traktować jako martwego. Choć dochodzi tu element jego tożsamości – dla Indianina Bill jest trupem, wracającym z zaświatów duchem angielskiego poety. Zresztą, łowcy nagród i Dickinson pewnie też uważają Blake’a za martwego, w końcu wyrok został wydany, nagroda wyznaczona, toteż sam fakt uśmiercenia ściganego jest już tylko nieuchronną formalnością. Jednak Fraa nadal nie rozumie, dlaczego jest rzeczą niewskazaną podróżować z Truposzem.

Jak już kawiarka wspominała na początku, muzyką do filmu Dead Man zajął się Neil Young – i wyszło mu genialnie. Gitarowe solówki idealnie wpasowują się w ciężki, hipnotyczny i przytłaczający klimat całości.

Film jednak – mimo całego tego ciężaru i, co tu kryć, okrucieństwa – nie jest pozbawiony humoru. Bohaterowie nie stronią od żartów, szczególnie łowca nagród, Conway Twill, ale również Nikt i inni. Warto tutaj wspomnieć o fantastycznych postaciach takich jak John Scholfield (jak zawsze rewelacyjny John Hurt), Salvatore “Sally” Jenko (Iggy Pop) czy Cole Wilson (Lance Henriksen, najbardziej chyba znany jako Bishop z Obcego, choć od niedaw… od kilkunastu lat można go kojarzyć z serialem Millennium). Wszystko to są postacie bardzo wyraziste – zresztą, w Truposzu nawet zupełnie epizodyczni bandyci, którzy pojawiają się w jednej scence, są wyraziści i mocno zapadają w pamięć.

Blake in boatI tak to wygląda. Fraa jest Truposzem zauroczona i zachwycona, a dwa dni po obejrzeniu nadal nie może przestać o nim myśleć. Jest to film zjawiskowy – niezwykle klimatyczna wizja, która wciąga bez reszty.
Jednak kawiarka nie może napisać po prostu, że serdecznie poleca. Bo tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, komu Dead Man mógłby się spodobać. Pewne jest, że część osób będzie tym filmem zniechęcona, znudzona, obrzydzona. I o tej ewentualności warto pamiętać. Dla kawiarki – arcydzieło.

Goddamn pinto is a stupid damn animal. Stupid as the day is long. Got his heart so set on one. Buy yourself a sorrel horse and paint some white spots on him as far as I’m concerned. Jesus Christ. Course, ya can’t put much stock in a man who spends the most part of a conversation talkin’ to a bear. Talkin’ to a goddamn bear.

W ostatnią środę października Fraa została brutalnie odcięta od Internetu. No, może nie do końca w środę, ale proces odcinania właściwie wtedy się rozpoczął. Całkowite odcięcie nastąpiło w czwartek czy piątek. Los chciał, że zdarzenie to nastąpiło tuż przed długim weekendem, toteż zapowiadało się, że kawiarka będzie musiała ostro szukać sobie innego zajęcia, nie mogąc buszować po forach internetowych czy grać w jakiegoś sympatycznego WoW-a na przykład.

KotOR IIZ tego miejsca Fraa pragnie gorąco podziękować Ulvowi, który saved the day. A nawet całe trzy days.
Otóż Ulv złożył na kawiarcze ręce grę Knights of the Old Republic II: The Sith Lords.

Tytuł nie jest nowy, bo pochodzi z 2005 roku (co na standardy gier komputerowych jest sporym kawałkiem czasu, nawet jeśli Fraa wciąż ma ochotę o Settlersach III powiedzieć, że są “wcale nie takie stare”) i stanowi kontynuację Knights of the Old Republic z roku 2003. Z racji stażu, jaki gra już ma na polskim rynku, jak również popularności uniwersum, którego dotyczy, Fraa pewnie nie musi przybliżać, o czym tak właściwie mowa, ale mimo wszystko zrobi to. Tak na wszelki wypadek i dla czystego sumienia.

 

Chodzi tu o cRPG-a osadzonego w świecie Gwiezdnych Wojen, którego akcja rozgrywa się cztery tysiące lat przed historią znaną ze starej (i – zdaniem kawiarki – jedynej słusznej) trylogii filmowej Star Wars, czyli z epizodów IV-VI. Jedi są praktycznie zdmuchnięci z powierzchni Zie… Jedi praktycznie nie istnieją, a za ewentualnymi niedobitkami biegają hordy łowców nagród.

Postać, w którą wciela się gracz, znajduje się ledwo żywa na pokładzie statku Ebon Hawk. Dzięki staraniom droida T3-M4 (przez kawiarkę niezmiennie nazywanego Artuditu), statek – ledwo bo ledwo, ale jednak – dolatuje na kolonię górniczą Peragus II, gdzie w końcu postać się budzi i… No i właśnie. Od tego momentu właściwie trudno napisać coś, co nie byłoby bezczelnym spoilerem. Grunt, że nic nie jest tak, jak miało być.

 

Skoro formalności załatwione, można przejść do sedna.

 

KotOR IIPrzede wszystkim: gra jest przemiodna. Choć dla maniaków fotorealistycznej grafiki pewnie byłaby ciężej strawna, jako że od strony wizualnej prezentuje się nieco przestarzale. Drzewa przypominają papierowe zabawki na choinkę (dwie kartki o stosownych konturach, złożone na krzyż), a większość kształtów jest dość wyraźnie kanciasta. Fraa jednakże graficzną fanatyczką nie jest, więc ten poziom wizualny w zupełności jej wystarcza. Wnętrza – choć w dużej mierze uzupełnione płaskimi teksturami – nadal są ładne, a krajobrazy malownicze. Podczas biegu trawa się odgina i nawet jeśli każde źdźbło nie rusza się osobno, to efekt pewnej naturalności i tak został osiągnięty.

Zarówno główne postacie, jak i “statyści” różnią się między sobą. Na tym tle nieco pozostawia do życzenia miasto Iziz, w którym na pierwszy rzut oka Fraa odniosła wrażenie, że mieszkają klony. Jednak z czasem i to wrażenie minęło – a może po prostu kawiarka przestała zwracać na to uwagę, bo zajęła się fabułą.

No właśnie – jeśli o to chodzi, gra ma w sobie wszystko to, co kawiarki lubią najbardziej. Jest więc oczywiście pewien element siekania, ale nie dominuje aż tak, żeby Fraa miała się tym znudzić. Między siekaniem a siekaniem gracz musi też całkiem dużo porozmawiać i pozwiedzać, zdobywając po drodze jasne bądź ciemne punkty mocy oraz wpływając na wzajemne relacje z innymi pojawiającymi się w grze postaciami. Fakt faktem, czasem kawiarka dostawała rzeczone punkty w najmniej spodziewanych momentach, ale to tylko sprawia, że nieco trudniej grać metodą “jak powiem to i to, dostanę ciemny punkt i mój piorun będzie mnie mniej kosztował…” – a więc gracz może spokojnie wczuć się w postać i kierować nią wedle uznania, a nie wedle wyliczeń “co się opłaca”, bo tak naprawdę… czasem trudno stwierdzić, co się będzie opłacało. Fraa zawsze była zdania, że tego typu wyliczenia niszczą całą fabularną grę, bo odciągają uwagę od dziejącej się historii na rzecz expienia.

[pożyczony fragment większej całości, zamieszczonej na YouTube]

No dobrze, powiedzmy, że tancerki w barze na Telosie nie zwalają z nóg, tym niemniej przecież nawet na rodzimej Ziemi znane są czasy i miejsca, gdzie pokazanie łydki uchodzi lub uchodziło za pornografię, łatwo więc uwierzyć, że istnieje lub istniała planeta, na której tego typu smętne kołysanie uchodziło za taniec erotyczny najwyższej klasy, prawda?
No.

KotOR II raz jeszczeGra jest w oryginalnej wersji językowej, co Fraa akurat liczy na plus. Są napisy, więc na spokojnie można wszystko przeczytać, a przynajmniej oszczędzono graczom masy irytujących błędów i niedoróbek, które dość często pojawiają się przy spolszczeniach.

Elementem natomiast, który irytował kawiarkę podczas rozgrywki, była wywalalność KotOR-a II. Po każdej rozmowie, po każdym przejściu do innej lokacji, że już Fraa nie wspomni o walkach, trzeba było zapisywać, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy wyskoczy błąd i będzie trzeba całą grę uruchamiać na nowo. Zdarzało się to, niestety bardzo często. Odpalanie w trybach zgodności pomagało, ale tylko trochę. Niby nic, bo częste zapisywanie w tego typu grze i tak jest wskazane, ale na bogów – bez przesady! Niestety, użytkowników Visty lub Windowsa 7 czeka sporo nerwów podczas gry.

Poza tym irytującym mankamentem, gra jest warta polecenia – szczególnie jeśli kogoś bawi space opera i machanie mieczem świetlnym, z tym charakterystycznym bzzt! bzzt!

 

 

Then there was some big explosion, I was sitting here for a long time, then you showed up in your underwear and things got a lot better.

[Atton Rand]

Dziś Fraa wygrzebała ze swojego prywatnego IPN-u teczkę na Jedną Nogą w Grobie. W teczce tej znajdowała się pierwsza seria rysunków – mają swoje lata, ale Fraa wychodzi z założenia, że najuczciwiej będzie je zaprezentować: w końcu to od nich zaczął się ów, że tak kawiarka hucznie to nazwie, “projekt”.

Łatwo zauważyć, że wtedy Fraa stawiała głównie na “Ale Scott Adams też nie umie rysować (przynajmniej tak twierdzi)!” – każdy rysunek został wykonany od początku do końca ręcznie, przy wtórze modłów o to, żeby jeden od drugiego za bardzo się nie różnił (bogowie raczą wiedzieć, ile mniej-więcej wynosi “za bardzo”). Całą nadzieję kawiarka pokładała w tym, że zagęszczenie cegiełek w murze (robionych od linijki, więc pi razy drzwi powinny być jednakowe) odciągnie uwagę potencjalnego widza od wszelakich innych niedoróbek.

Tak naprawdę, ta seria rysunków była robiona nawet bez kalki – jako kalka dla ubogich występował wtedy papier śniadaniowy. Byłoby łatwiej, gdyby jednak był nieco bardziej przezroczysty. Pojawiła się też szczwana metoda: “pierwszy szkic narysuję mocno przyciskając ołówek do kartki, to na kartce pod spodem będę miała wyciśnięty już szkic do kolejnego odcinka”.

Fraa musi nieskromnie przyznać, że z niektórych odcinków pierwszej serii nadal jest nawet całkiem zadowolona. No i postacie dużo częściej były w ruchu (no ba! W końcu wtedy nie rzuca się tak w oczy różna wielkość dłoni i inne tego typu kwiatki) – właściwie to kawiarka tak sobie myśli, że można by do tego wrócić.

 

Jedno jest pewne: Grabarz nigdy nie miał imienia.

 

Seria pilotażowa, odcinek 1 – czyli tak właśnie poznali się Franki i Grabarz;

Seria pilotażowa, odcinek 2;

Seria pilotażowa, odcinek 3 – a tak dołączyła do nich Petunia;

Seria pilotażowa, odcinek 4 – cegiełki. Dużo cegiełek;

Seria pilotażowa, odcinek 5 – ten odcinek słabo się zestarzał. Kiedy był rysowany, Michael Jackson jeszcze żył i miał się dobrze. To znaczy na tyle, na ile może czuć się dobrze ktoś po tylu operacjach plastycznych, bez pigmentu w skórze i z odpadającym nosem…

Seria pilotażowa, odcinek 6;

Seria pilotażowa, odcinek 7 – gdyby ktoś miał wątpliwości, dlaczego właściwie Franki nie leży jak bogowie przykazali.

Seria pilotażowa, odcinek 8 – tak… wtedy kawiarce wydawało się, że to dobry pomysł. Chwilę po skończeniu całości spojrzała na to i rzekła: WTF?! Ale było już za późno. Fraa nie ma pojęcia, dlaczego akurat afro;

Seria pilotażowa, odcinek 9 – czyli nieco o przeszłości Frankiego;

Seria pilotażowa, odcinek 10 – czyli właściwie zapowiedź przyszłego Grabarza. W tym właśnie odcinku wyłoniły się poniekąd w dużej mierze relacje między Frankim a Grabarzem;

Seria pilotażowa, odcinek 11 – …choć nigdzie nie jest powiedziane, że Franki nie może mieć swoich pięciu minut. Swoją drogą, ten odcinek też słabo zniósł próbę czasu. Teraz zabawy z krzyżem to ryzykowna sprawa…

Seria pilotażowa, odcinek 12 i ostatni – tutaj Państwo mogą znaleźć poniekąd wyjaśnienie tego, czym się zaczyna druga seria. Jak widać, plan był dobry, no ale… Zawsze jest jakieś “ale”.

Organizacyjnie

Posted: October 26, 2010 in Bez kategorii

Dzień dobry.

Dziś maleńki wpisik organizacyjny – Fraa uznała, że nie można w nieskończoność jechać na cudzym szablonie: czas najwyższy nauczyć się zmajstrować coś takiego własnoręcznie… własnoklawiaturnie, raczej.

Oto przed Państwem pierwsze, nieśmiałe próby.

Prawdopodobnie w bliższej (dalszej pewnie też) przyszłości całość będzie ulegała mniejszym lub większym modernizacjom, więc proszę się nie przyzwyczajać – tym niemniej Fraa zaczyna mieć w końcu własne podwórko, a nie ściągnięte z galerii “Szablony Użytkowników”.

No wiecie, Państwo… Ciasne, ale własne i tak dalej. Choć oczywiście cały ten niecny proceder odbywa się kosztem normalnych wpisów, bo wypocenie tego co tu obecnie widać, zajęło kawiarce praktycznie cały dzień. Z hakiem.

Z aktualnych zagadnień na warsztacie są:

  • rozjaśnienie tła dla wpisów, bo jeszcze nieco za ciemno, chyba będzie się ciężko czytało (? – Fraa nie jest pewna: ona tu pisze, a nie czyta…);
  • najchętniej zamiana pozycji szerokiej i wąskiej szpalty, żeby syf był po lewej stronie, a po prawej wpisy;
  • podrasowanie stopki, bo im dłużej Fraa na nią patrzy, tym mniej się podoba (szczerze mówiąc nie podobała się od początku, ale kawiarka już nie miała siły).
Przy okazji Fraa ma pytanie: w poprzednim wpisie ilustracja przedstawiająca okładkę trzeciego tomu kolekcji powiększa się po najechaniu na nią kursorem. Czy fakt takiego powiększania obrazków byłby jakkolwiek pożądany, czy też zostawiać wszystkie malutkie? Fraa oczywiście nie mówi, że powiększałoby się koniecznie okładki, które same w sobie ciekawe raczej nie są… ale rzecz w tym: taka opcja jest w ogóle bardziej wkurzająca czy fajna?
Aha, dość istotna rzecz: tytuł bloga obecnie nie jest, niestety, linkiem na stronę główną. Niestety, blox nie lubi czcionek niestandardowych, więc trzeba sobie radzić oszustwem – wlepiać u góry całościowy obrazek.

 

 

Miłego dnia życzy Fraa.